
‘For a few dollars more’ to film z 1965 r.- cóż innego jak kowboje, saloony, łowcy nagród, napady i strzelaniny. Wszystko jest oczywiście osadzone w realiach bezkresnego Dzikiego Zachodu, gdzie prawo stanowią lokalni wataszkowie, ale też nieliczni sprawiedliwi.
Dwójka twardych małomównych facetów (na zmianę pijących whisky i palących papierosa), samotników z okiem lepszym niż elfy we Władcy pierścieni i ręką szybszą niż najsprawniejsi masturbatorzy rusza za El Indio, który ma w zamiarze ze swoją bandą okraść najpilniej strzeżony bank na Dzikim Zachodzie.
Manco (Clint Eastwood) i Douglas Mortimer (Lee van Cleef) nie mają zamiaru dzielić się 10000$ nagrody za ciało (dychające, czy martwawe- nieistotne) bandyty, ale nie mając wyboru podejmują współpracę.
Fabuła z pozoru wydaje się banalna- ot i jeden z wielu westernów, które każdy zna z telewizji. Stereotyp nasuwa nam na myśl, kowbojskie kapelusze, Indian/bandytów, niezbyt efektowne (lecz efektywne) strzelaniny i makiety imitujące piękne krajobrazy.
Tutaj jednak jest całkiem inaczej- nie bez powodu z setek kręconych westernów ten przetrwał jako jeden z kilku dinozaurów. Konserwacja nie była potrzebna- mimo 42 lat na karku film tchnie niesamowitą świeżością i ponadczasowym klimatem, którego już nie sposób znaleźć we współczesnych produkcjach. Nie jestem fanem westernów, ale ten zaskoczył mnie bardzo pozytywnie.
Przede wszystkim na uwagę zasługują trzy główne postacie. Pułkownik Douglas Mortimer- starszy i doświadczony łowca nagród w starciu z młodym, ale równie twardym Manco. Niewzruszone wyrazy twarzy, zabójcze spojrzenia, zero mimiki- to może wydawać się śmieszne i przerysowane, ale odtwórcy i reżyser nie popadli w przesadę. Patrzymy na nich raczej z podziwem i respektem, a nie politowaniem, czy uśmiechem.
Po drugiej stronie barykady stoi El Indio- brutalny, bezwzględny i wyrachowany, ale równocześnie wzbudzający w jakiś niezrozumiały sposób współczucie- trudno nie dostrzec tragizmu tej postaci, która rozumie, że swoim własnym postępowaniem doprowadziła się do obecnego stanu, ale nie mając odwrotu brnie coraz dalej.

Wszystkie te elementy są zaprawione dużym napięciem (doskonały motyw kurantów z zegarka-pamiątki przed pojedynkami, czy też tradycyjnie opustoszałe miasta przed rozróbami) oraz doskonałą muzyką.
Zapewne część osób uzna opisane przeze mnie elementy za grzechy główne wszystkich westernów i stwierdzi, że „For a few dollars more’ jest jedną z takich pozycji.
Nic bardziej mylnego- film jest utrzymany w utartej konwencji, ale jego wykonanie jest doskonałe. Jedyne co zauważyłem to drobne, niezbyt rażące niedociągnięcia (największe z nich to strażnik upadający moment przed oddaniem strzału przez oprycha z bandy El Indio).
Naprawdę chciałem się dopatrzyć czegoś co można w dziele Sergio Leone jednoznacznie skrytykować, ale nie udało mi się. Nie wiem, czy to jeszcze wina mojego niezbyt dużego obycia w filmach, czy może po prostu ‘For a few dollars more’ jest jedyną w swoim rodzaju perełką gatunku i niedoścignionym wzorcem.

Download:
Rejestracja na forach jest darmowa.
Witam.
Trochę po czasie od publikacji wpisu, ale może dodam swoje dwa grosze.
W filmie pierwsze skrzypce, oprócz tej trójki bohaterów gra również rewelacyjna muzyka Ennio Moricone. Scena pojedynku na początku filmu, a raczej rozprawienia się El Indio z człowiekiem, który go zdradził, ustępuje swoim napięciem, muzyką, klimatem tylko ostatecznemu pojedynkowi na końcu filmu. Muzyka, pozytywkowa z zegarka, nagle zamienia się w bicie dzwonów, w małą orkiestrę symfoniczną. Coś wspaniałego. Prosta melodyjka, która po chwili zamienią się w Wielką Muzyczną Impresję. Zresztą sam Moricone powiedział kiedyś, że stara się pisać dla Leone prostą muzykę, z prostymi melodiami… które zapadają w pamięć.
Pozdrawiam.